Katyńska opowieść
Opowieść, którą chcę Wam przedstawić usłyszałem jakiś czas temu od mieszkającej w Jodłówce mojej 83-letniej krewnej. Z pewnością zawiera wiele nieścisłości, być może została zniekształcona w pamięci przez czas, jednak postaram się jak najwierniej przekazać to, co usłyszałem.
Była to zima, prawdopodobnie na przełomie lat 1942/1943. Dom, w którym mieszkała moja ciotka znajdował się przy dość ważnym (ówcześnie) trakcie wiodącym z Pruchnika do Dynowa, więc często przybywali tam podróżujący ludzie pytający o drogę, nocleg, czy łyżkę strawy. Tego dnia do drzwi zapukał pewien mężczyzna ubrany w płaszcz, człek dość szczupłej budowy. Spytał czy mógłby się nieco posilić. Moja krewna zaprosiła go do izby, gdzie siedział jeszcze jej sąsiad, i poczęstowała chlebem. Przybysz zachowywał się trochę nerwowo, często chodził po pomieszczeniu i wyglądał przez zamarznięte okno. Kiedy sąsiad spytał go skąd idzie, on enigmatycznie odpowiedział: "idę z całego świata, i na cały świat". Uprzedził, że nie ma sensu pytać go o cel podrózy, jak i miejsce z którego idzie, bo i tak nie może wyjawić prawdy. Dopiero po chwili powiedział: "Jest was dwoje, krzywdy mi chyba nie zrobicie. A skoro was to interesuje, to powiem - idę z Katynia" i zaczął opowiadać.
Powiedział, że był więźniem. W kwietniu 1941 r. dowiedzieli się, że zostaną wywiezieni, mówiono im, że zostaną wypuszczeni do Polski - dopiero u celu podróży okazało się, że czeka ich inny los. Miejsce, gdzie zostali przywiezieni było porośnięte sosnowym lasem, a teren ogrodzony trzema liniami zasiek pod napięciem. Podzielono ich na dwie grupy, jedna - większa liczebnie - kopała rów, druga - mniejsza, jak się potem okazało, miała go zasypywać. Po wykopaniu rowu ludzi ustawiano przy krawędzi i strzelano do nich z karabinu maszynowego. Druga grupa po zasypaniu rowu również była mordowana. Mord miał mieć miejsce w nocy. Wielu więźniów próbowało uciec, ale bezskutecznie - w większości ginęli porażeni prądem, padając na zasieki. Ich miało być trzech: oficer (w stopniu majora), lekarz i ksiądz. Dostrzegli, że w pewnym miejscu pod zasiekami ciągnie się rów odwadniający, jednak szczelina w betonie pozawalała się przecisnąć jedynie komuś o budowie dziecka. Chociaż byli zniezmiernie wychudzeni, to żaden z nich nie był w stanie samodzielnie pokonać wąskiego tunelu - postanowili nawzajem sobie pomóc. Drugi wypychał do przodu pierwszego, trzeci drugiego, będąc pociąganym jednocześnie przez drugiego. W ten sposób pokonali pierwszą linię zasiek. Natychmiast wdrapali się na sosny i rozdartymi na siebie ubraniami przywiązali się do ich pni - tak spędzili tam dwie następne doby, dopóki oprawcy nie opuścili miejsca i nie zostało odłączone napięcie na pozostałych dwóch liniach zasiek. Przez cały ten czas słyszeli jęki towarzyszy, którzy przysypani pół-żywcem dogorywali nawet dwa dni. Kiedy już mogli bezpiecznie zejść, rozdzielili się umówiwszy się potajemnie w innym miejscu, o ile dane im będzie przeżyć.
Wędrowiec nie chciał wyjawić, którą z tych trzech osób był. Często składał ręcę w modlitewnym geście i powtarzał, że być może chociaż jednemu z nich - świadków - Bóg pozwoli przeżyć. Posilił się i ruszył w dalszą drogę ...